sobota, 1 września 2012

Podróż na Krym – część 3 – Teodozja

Najdalsza ze wszystkich naszych dotychczasowych krymskich wycieczek prowadziła do Teodozji. Jest to duże, bardzo stare miasto, położone na południowo-wschodnim wybrzeżu półwyspu, istniejące nieprzerwanie od czasów antycznych. W dodatku, obecnie nosi swoją pierwotną, starogrecką nazwę.

Z Ałuszty do Teodozji pojechaliśmy autobusem przez Symferopol, Biełogorsk i Stary Krym (według rozkładu, podróż taka trwa 4 h 15 min.). Pierwsza przygoda spotkała nas zaraz na starcie. Dostaliśmy bilety na miejsca nr 26 i 27, na samym końcu autobusu. Z pewnym zdziwieniem zauważyliśmy, że z naszymi miejscami sąsiadują miejsca nr 28 i... nr 28. Jak się okazało, kierowca wykazał inicjatywę i w 29-miejscowym autobusie zainstalował trzydzieste miejsce – za przejazd na którym opłata trafiała do jego prywatnej kieszeni :) Ponieważ jednak nie mógł wywiesić nad nim numeru „30”, nadał mu nr 29, które to miejsce z kolei stało się drugim numerem 28 :)))


Nie był to jednak koniec przygód podczas samej podróży. Tył autobusu miał skład wprawdzie słowiański, ale mieszany – rosyjsko-ukraińsko-polski. Szybko więc nawiązaliśmy znajomości ze współpasażerami. Okazało się, że jeden młody Rosjanin nie wiedział, gdzie leży Polska, co jeden Ukrainiec (jak się okazało, artysta-rzeźbiarz) skwitował stwierdzeniem, że Rosjanie mają w szkole inne globusy :) Generalnie, w tylnoautobusowych relacjach rosyjsko-ukraińskich dawało się stale odczuć wzajemne drobne złośliwości :) Natomiast tuż przed Teodozją, autobus zatrzymała GAI i dłuuugo szukała, do czego by się tu przyczepić. Ostatecznie, sympatyczny skądinąd kierowca został oskarżony o sprowadzanie zagrożenie na podróżnych, gdyż tylne drzwi ewakuacyjne miały uszkodzoną klamkę. Poszedł więc z milicjantem na „gajówkę” i dopiero po jakimś kwadransie wrócił, klnąc pod nosem. O ile zrozumieliśmy, musiał zapłacić niemały mandat. Czekając na kierowcę, tył autobusu zastanawiał się, czy milicjant nie zauważył też gołego haku po młotku, przeznaczonym do awaryjnego stłuczenia szyby...

Teodozja przywitała nas zachmurzonym niebem. Zaraz przy dworcu autobusowym stoi zabytek sakralny o najbogatszym chyba wystroju architektonicznym – cerkiew św. Katarzyny.





Spacerkiem wzdłuż głównej ulicy, a potem po oddalonym od niej deptaku, doszliśmy do centralnej, kurortowej części miasta. Poznać można ją po zagęszczeniu straganów, stojącym jeden obok drugiego i dosyć szczelnie zasłaniającym widok na stojące za nimi XIX-wieczne wille.




Jak można było się tego spodziewać – po chwili lunął deszcz. My, na szczęście, dochodziliśmy akurat do jedynego otwartego tego dnia dużego muzeum – krajoznawczego. Średnio ciekawy z zewnątrz budynek kryje w sobie interesujące i obszerne ekspozycje. Na parterze przedstawiono przyrodę i geologię Krymu oraz znaleziska archeologiczne – prehistoryczne i starożytne, z czasów istnienia tutaj kolonii greckiej. Wśród licznych eksponatów znajduje się m.in. wielka płaskorzeźba z gryfem, który i dziś jest godłem Krymu. Na piętrze umieszczono ekspozycje etnograficzne, z odtworzonymi wnętrzami mieszczańskimi i wiejskimi, dawnymi strojami itp., jak również sporą ekspozycję, dotyczącą okresu II Wojny Światowej, oraz witryny z kilkoma setkami pocztówek, przedstawiających Teodozję z okresu przedrewolucyjnego. Ponadto, na dziedzińcu Muzeum urządzono lapidarium detalu kamiennego. Gdy opuściliśmy Muzeum, deszcz już nie padał.


Minęliśmy dworzec kolejowy oraz stojący tuż obok, obowiązkowy na Krymie, pomnik Lenina, jak również studnię, ufundowaną przez Iwana Ajwazowskiego – Ormianina, lokalnego działacza społecznego i malarza-marynistę.



O ile w północnej części miasta wzdłuż brzegu morskiego ciągną się plaże, o tyle część południowa jest odcięta od morza portem handlowym i wojennym. Znajduje się tam jednak kilka ciekawych zabytków. Jako następne, obejrzeliśmy swobodnie dostępne ruiny kolejnej twierdzy genueńskiej, w obrębie murów której stoją cztery murowane cerkwie (zaraz przy cerkwi Iwerskiej Ikony Matki Bożej można kupić kwas chlebowy z beczki). Niestety, choć morze stąd widać, nie da się do niego dojść – jak mówią tabliczki, jest to teren dzierżawiony przez Marynarkę Wojenną Federacji Rosyjskiej.





W południowej części miasta warto również zwrócić uwagę na dwa zabytki sakralne – XVII-wieczny Meczet Piątkowy i niepozorny na pierwszy rzut oka kościół ormiański św. Siergieja, najstarszy w mieście, użytkowany nieprzerwanie od XIV w.




Przez centrum miasta biegnie niedługi deptak – ul. Ziemska, a w oczy rzuca się jedna ze ścian Narodowej Galerii Obrazów im. Iwana Ajwazowskiego, z płaskorzeźbionym dziobem żaglowca, stale okupowanym przez fotografujących się przy nich turystów. Muzeum (niestety, było zamknięte) posiada oczywiście bogaty zbiór twórczości swojego patrona, ale gromadzi też inne eksponaty sztuki marynistycznej.



Bezpłatną, dość szeroką, piaszczystą i nawet niezbyt zatłoczoną plażę odcina od miasta linia kolejowa. Pociągi towarowe i osobowe jeżdżą po niej dość często, co wygląda nieco surrealistycznie – gwar szerokiego nadmorskiego bulwaru co paręnaście minut jest zagłuszany przeciągłym gwizdem lokomotywy i stukotem kół po szynach.




Do Ałuszty powróciliśmy tą samą drogą, którą jechaliśmy rano. Tym razem – bez jakichś nadzwyczajnych przygód. Jeden dzień to za mało, żeby zwiedzić wszystkie ciekawe miejsca w Teodozji, więc chyba jeszcze kiedyś  tu przyjedziemy :)


(c.d.n.)

czwartek, 23 sierpnia 2012

Urodzinowo

Bardzo lubię wysyłać kartki zarówno urodzinowe, imieninowe jak i świąteczne. Zresztą zawsze znajdzie się jakaś okazja do wysłania kartki. Nie lubię zbytnio nowoczesnej formy składania życzeń czyli mailem czy smsem, chociaż nie jestem w stanie tego uniknąć tak zupełnie. 
Właśnie z okazji urodzin koleżanki powstała kartka na bazie papierów The ScrapCake - One Moment In Time. Bardzo lubię tę kolekcję - ma taką kolorystykę, która pasuje niemalże do wszystkiego :) Moja karteczka, która już poleciała w świat, jest warstwowa, a to dzięki kosteczkom dystansowym i taka trochę w starociowym stylu. Nie ma tu wielu dodatków - jest koronka, motylki i perełki w płynie. Ale w końcu efekt końcowy nie zależy od ilości użytych dodatków, a najważniejsze w kartce jest to, że sprawi solenizantce (mam nadzieję) trochę radości :)



Candy w Stempell&Kartoon

Ekspresowe Candy w Stempell&kartoon, zobaczcie co do wygrania i oczywiście zapisujcie się :)



niedziela, 19 sierpnia 2012

Podróż na Krym – część 2 – Sudak i Nowy Świat


Są dwie, a właściwie trzy, drogi, jakimi można dostać się z Ałuszty do Sudaku i Nowego Światu.  Zdawałoby się, że najprostsza to rejs statkiem wzdłuż wybrzeża. Ale niestety, nie wiedzieć czemu, o ile  Ałuszta i przystanie na zachód od niej są połączone całkiem niezłą siecią regularnych rejsów, o tyle na wschód od Ałuszty dostać się jest trudno (i drogo – trzeba wziąć udział w zorganizowanej wycieczce za sto parędziesiąt – kilkaset hrywien). Ta droga więc zdecydowanie odpada. Druga droga to utrzymywana przez cały rok szosa przez Symferopol, Biełogorsk i Stary Krym – ale wiedzie ona mocno dookoła.

My wybraliśmy więc trzecią opcję, choć prawdę mówiąc, nie wiedziałam, w co się pakuję...

Mickiewicz opisał uroki przemieszczania się po górskich drogach Krymu w ten sposób: „zmów pacierz, opuść wodze, odwróć na bok lica – tu jeździec końskim nogom swój rozum powierza”. I to się miejscami nie zmieniło do dziś, tyko zamiast końskich nóg, współczesny podróżny powierza swój rozum kierowcy marszrutki.

Serpentyny zaczęły się zaraz za Ałusztą – w miejscu, gdzie do morza dochodzą południowe zbocza masywu Demerdżi. Podczas takiej podróży, człowiek zastanawia się, czy patrzeć na piękno przyrody, będąc jednocześnie świadomym, że kierowca pędzi 80 km/h po skraju kilkudziesięciometrowej przepaści, czy utkwić wzrok w fotel i starać się nie myśleć o powyższym. Jednym słowem – i pięknie, i straszno. Ale trudno jest odwracać wzrok, gdy widać na przykład skalistą jajłę Demerdżi od strony południowej – może w przyszłym roku tam wejdziemy...? :)


Następnie, marszrutka zjechała niemal na sam brzeg morza, zatrzymując się w trzech kurortach – Sołnecznogorskoje, Małoreczenskoje i Rybacze. W tym drugim, stoi budowla unikatowa pod względem swojego przeznaczenia – cerkiew Opieki Najświętszej Bogurodzicy, będąca jednocześnie latarnią morską (widać ją zresztą z plaży w Ałuszcie).


Potem zaczął się drugi odcinek górski, równie przerażający, co poprzedni... Tym razem, tłem dla rozległego widoku była ogromna, największa chyba na Krymie, jajła Karabi.










 I znowu zjazd na brzeg morza, do kurortu Morskoje.


A potem znowu góry, ale już niższe. Wciąż jednak nie porośnięte lasem, dzięki czemu, widoki można było podziwiać aż do samego końca podróży.

Dworzec autobusowy w Sudaku jest położony dość daleko od miasta, ale zaraz za nim znajduje się obszerny plac, skąd co chwila startują marszrutki (linie mają nawet numery!) do centrum, pod twierdzę i do Nowego Światu.

Samo miasto rozciągnięte jest przede wszystkim wzdłuż ulicy Lenina, przy której mieści się większość urzędów, sklepów i restauracji. Odchodzi od niej w kierunku morza kilka promenad – raz lepiej, raz gorzej utrzymanych.


Przy ul. Lenina stoi niepozorny pomnik – jedyny taki, jaki znaleźliśmy na Krymie, choć upamiętnia on jedno z najtragiczniejszych wydarzeń z historii tych ziem. Prosta kolumna z czarnego kamienia jest zwieńczona tangą (czyli rodzajem herbu) Chanatu Krymskiego, używaną do dziś, jako symbol narodowy tutejszych Tatarów. Na kolumnie – napis: „18 MAY 1944” i jeszcze jakiś napis po arabsku. Po ukraińsku, czy rosyjsku – ani słowa. Ale data mówi sama za siebie – pomnik upamiętnia zarządzoną przez Stalina akcję wysiedleńczą, podczas której kilkaset tysięcy Tatarów, za rzekomą kolaborację z Niemcami, zostało wygnanych ze swojej ojczyzny i zesłanych w głąb ZSRR. Niecały rok później, na tak „oczyszczonym” Krymie odbyła się konferencja jałtańska...


Wzdłuż samego wybrzeża ciągnie się deptak, a na nim, oczywiście – sklepiki, stragany i bary z przekąskami. Plaże są tu dość szerokie i nawet w sporej części bezpłatne. Miasto i port leżą w zatoczce między Górą Forteczną na zachodzie i Ałczak-Kaja na wschodzie. Nad wszystkim góruje twierdza genueńska – chyba najlepiej zachowana ze wszystkich, istniejących na Krymie. Muzeum regionalne, o zgrozo, nawet w szczycie sezonu zamknięte jest nie tylko w poniedziałki, ale i we wtorki. A my byliśmy w Sudaku akurat we wtorek... Można było tylko zwiedzić ekspozycję figur woskowych.








Kilka kilometrów od Sudaku leży miejscowość Nowy Świat. Jest to kolejna mała zatoczka, położona między górami Kusz-Kaja i Koba-Kaja, a jej specyficzny mikroklimat sprzyja ponoć niebywale hodowli winorośli. Dostać można się tam tylko jedną, jedyną drogą z Sudaku. Marszrutki nie ma jednak sensu łapać po drodze – kursują przepełnione do granic możliwości. Sensowniej jest podjechać z miasta na dworzec i tam wsiąść na pętli. Można się nawet załapać na miejsce siedzące.

Myślałam, że droga przez góry do Sudaku jest straszna... Okazało się jednak, że może być coś gorszego. Droga do Nowego Światu biegnie na sporym odcinku po półce skalnej, wyciętej w zboczu góry... Od strony morza oczywiście zieje przepaść... I jeszcze te żółte gazociągi, które po Krymie (i w ogóle często po Ukrainie) biegną na powierzchni ziemi, wzdłuż dróg...







Nowy Świat to urokliwy kurorcik, plus fabryka wina. W pałacu jej założyciela – księcia Lwa Golicyna – mieści się obecnie muzeum winiarstwa. Ponadto, można przejść się ścieżką dydaktyczną po rezerwacie przyrody na Koba-Kaja.




Do Ałuszty wolałam wrócić powoli, spokojnie, sposobem numer 2, czyli drogą okrężną przez Symferopol... :)

(c.d.n.)

niedziela, 12 sierpnia 2012

Śmieci jednego, skarbem drugiego

Na blogu Asi pojawiło się wyzwanie, a że nagroda zapowiada się niezwykle interesująco, postanowiłam wziąć udział w zabawie. Wprawdzie widziałam już prace konkursowe, zgłoszone na blogu - są piękne (mam nawet swoją faworytkę), ale jednak zaryzykuję swój udział :)

Pudełko na skarby powstało z najzwyklejszego na świecie pudełka po butach. Wystarczyło je dokładnie okleić: najpierw starymi kartkami z gazet lub książek (wiem, wiem... niektórzy bardzo się oburzą... ja zresztą też mam wyrzuty sumienia, jeśli chodzi o te kartki z książek), a potem papierem scrapowym. Ja użyłam papierów z kolekcji UHK Gallery pt. Winter Garden. Na koniec dodałam kilka kwiatków, motylki - i tak oto powstało pudełko na skarby: