Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże (Ukraina). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże (Ukraina). Pokaż wszystkie posty

środa, 23 lipca 2014

Scrapbooking na Ukrainie

W tym roku ponownie część urlopu spędzam na Ukrainie. Ku mojemu zaskoczeniu, udało mi się znaleźć dwa sklepy, w których sprzedawane są materiały do rękodzieła - w tym również do scrapbookingu. W Czerniowcach (swoją drogą - przepięknym mieście; niebawem o nim napiszę) nabyłam oryginalne tasiemki i kilka papierów w formacie 15 na 15 cm. Na większe nawet nie patrzyłam, bo trudno byłoby mi je zmieścić w plecaku, a do domu jednak jakby nie było - spory kawałek :)

Zdjęcie sklepu w Czerniowcach przy ul. Gogola 6 i moje zakupy:




Dzisiaj dotarliśmy do Stanisławowa (Iwano-Frankowska) i tutaj również udało nam się odnaleźć fajny sklepik przy ul. Wagilewicza 10. Męska część naszej dwójki siadła na schodkach przed owym sklepem z książką w ręku, a ja oglądałam, co tam ciekawego mają. A mieli całkiem fajne rzeczy i ku mojemu zdumieniu, część z nich była tańsza, niż u nas. Wydaje się, że to jednak wina bardzo słabej obecnie waluty ukraińskiej. Trochę poszalałam z zakupami, kupiłam nawet jeden wykrojnik (u nas za taką cenę na pewno niedostępny). Kiedy panie ze sklepu zorientowały się, że ten, który tak samotnie siedzi na schodach, będzie płacił za moje zakupy, od razu pobiegły dla niego po krzesełko, coby mu wygodniej było :)

Ja przed sklepem:


Wejście do sklepu:


Moje zakupy:


Jutro jeszcze odwiedzę trzeci sklepik, z koralikami - u nas takich fajnych nie ma.

Ostatnio zaniedbałam oglądanie, czytanie i komentowanie Waszych blogów - ale w podróży nie ma ku temu zbytnich warunków. Po powrocie do domu na pewno wszystko nadrobię.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Ukraina 2013 - cz. 8 – To samo jeszcze raz, ale z drugiej strony

Dwunasty dzień spędziliśmy we Lwowie, gdzie zwiedziliśmy standardowe miejsca i zabytki, jako że niektórzy z uczestników wycieczki byli w tym mieście pierwszy raz. A ponieważ sam Lwów już tu opisywałam przy okazji poprzednich wyjazdów, to tym razem pokażę tylko ciekawostkę – mieszkaliśmy u znajomej znajomego, przy ulicy Johna Lennona (oczywiście, o nazwie zapisanej bukwami).


Nie kijem, to pałką – trzynastego dnia zdecydowaliśmy, że skoro do źródeł Sanu nie dało nam się podejść od strony ukraińskiej, to podejdziemy od strony polskiej. Pojechaliśmy więc na nasze ulubione przejście graniczne w Krościenku, po drodze zahaczając na chwilę o bardzo ładne miasto, położone tuż pod polską granicą – Dobromil. Będziemy musieli jeszcze kiedyś tam wrócić :-)



Bocian wskazywał na kierunek powrotu do Ojczyzny... :-)


Po polskiej stronie zatrzymaliśmy się na krótkie zakupy spożywczo-księgarskie w Ustrzykach Dolnych, po czym pojechaliśmy w stronę worka bieszczadzkiego. Krótki postój fotograficzny zrobiliśmy sobie na parkingu z punktem widokowym, pod Lutowiskami.





Pod wieczór dojechaliśmy do Mucznego i tam rozbiliśmy namioty, spędzając wieczór przy świecach i piwie.


Czternasty dzień wycieczki spędziliśmy na wędrówce na koniec świata :) Samochodem dojechać można do parkingu w Bukowcu, gdzie leży wielka, żeliwna kadź, używana niegdyś do wypalania potażu z drewna. Na zdjęciu – ilustracja do "Makbeta" albo "Kordiana" - trzy czarownice przy kotle :)))


Niebieskie znaki prowadzą w górę Sanu, przez Beniową, z której pozostały resztki cerkwi i cmentarza.





Dwa tygodnie wcześniej byliśmy w Siankach po stronie ukraińskiej, a teraz jesteśmy po stronie polskiej, gdzie istnieją ruiny dworu i kaplicy grobowej przedwojennych właścicieli wsi.




Po drugiej stronie Sanu, który tutaj można by przeskoczyć jednym susem, widać ukraińską część Sianek, linię kolejową, stację i drogę, którą jechaliśmy.





Specjaliści nieustannie spierają się, który strumyk jest właściwym źródłem Sanu. My doszliśmy do tego, przy którym kończy się niebieski szlak. Stoi tam tablica informacyjna ukraińskiego parku narodowego, co oznacza, że od drugiej strony dostęp jest jednak w jakiś sposób możliwy... Cóż, będzie trzeba kiedyś jeszcze raz spróbować :)


Gdy wracaliśmy do samochodu, z poprzecznej dróżki wyłonił się lis, niosący w pysku jakąś zdobycz. Niespecjalnie przejmował się naszą obecnością i przebiegł truchcikiem - zdążyliśmy tylko sfotografować rudą kitę.



Na noc wróciliśmy do Mucznego. Rano ostatniego, piętnastego dnia wycieczki zwinęliśmy obóz i pojechaliśmy przez Jabłonki, Baligród i Sandomierz – jedni do Kozienic, inni do Warszawy, jeszcze inni do Poznania.







W ten sposób zakończyliśmy nasz rajd zygzakiem przez przełęcze karpackie – Użocką, Werecką, Beskid, Toruńską i Jabłonicką. Tak też kończą się moje wspomnienia z zeszłego roku. A niebawem – kolejne, tegoroczne. Postaram się je napisać szybciej, niż przez kolejne dwanaście miesięcy :)


piątek, 11 lipca 2014

Ukraina 2013 - cz. 7 – Wewnątrz wielkiego jaja :)

Zbliża się kolejny wyjazd na Ukrainę, a ja z przerażeniem stwierdzam, że jeszcze nie dokończyłam opisywać zeszłorocznego... Czym prędzej muszę więc tę zaległość nadrobić :)

Z Rafajłowej pojechaliśmy do Pniowa, zwiedzić ruiny zamku Kuropatwów. Z zamku zachował się obwód murów i przylegające do niego baszty, zaś na rozległy dziedziniec można wjechać samochodem. Widać, że niektóre komnaty ktoś próbował restaurować, ale albo zabrakło mu chęci, albo pieniędzy.




Głównym punktem tego i następnego dnia była jednak Kołomyja - bardzo sympatyczne miasto, z całkiem obficie zachowaną i w miarę starannie utrzymaną zabudową z końca XIX i początku XX wieku. Zatrzymaliśmy się w położonym w ścisłym centrum hoteliku, w którym można było też skorzystać z sauny – zgodnie z instrukcją, dostępną w recepcji :)


Dzień nie był specjalnie słoneczny. Raz po raz chmurzyło się, ale cały czas było niesamowicie gorąco, parno i bezwietrznie. Był to jeden z takich dni, kiedy człowiek poci się od samego istnienia :) Pospacerowaliśmy uliczkami wśród kamieniczek, zajrzeliśmy też oczywiście na bazar.














W Kołomyi zachowały się liczne, polskie pamiątki – pomnik Mickiewicza, tablica pamiątkowa Krasińskiego oraz starannie odrestaurowany kościół parafialny, w którym przechowywana jest przedwojenna płyta Grobu Nieznanego Żołnierza.






Zachował się też bardzo duży, stary polski cmentarz, który obecnie przedstawia obraz nędzy i rozpaczy - pomimo tablic, mówiących o jego odrestaurowaniu za pieniądze różnych Bardzo Ważnych Osób i Instytucji. W rzeczywistości, zainstalowano tylko nową bramę i uporządkowano kwatery tuż za nią. Dalej rozciąga się dżungla, poprzetykana zdewastowanymi grobowcami i pomnikami.






W mieście odwiedziliśmy trzy muzea: Huculskie - z obszerną ekspozycją etnograficzną, Miejskie – niedawno otwarte, z bardzo ciekawymi ekspozycjami, traktującymi o wszelkich aspektach historii miasta oraz Muzeum Pisanki – jak nietrudno domyślić się po wyglądzie budynku :) Tak, do tego jajka się wchodzi!




Po południu jedenastego dnia pojechaliśmy w stronę Lwowa, po drodze zatrzymując się w Haliczu, aby zwiedzić zamek i pospacerować po niedużej starówce.




A ten dzbanuszek to jest studnia – gdyby ktoś nie wiedział :)



(c. d. n.)