niedziela, 10 listopada 2013

Notesy

Pierwszy notes powstał na specjalne życzenie. Miał być w kolorze niebieskim i koniecznie musiał być ozdobiony obrazkiem z górami. Papieru ani obrazka z górami nie miałam, ale za to pod ręką znalazł się Ktoś, kto wiele rzeczy potrafi - rysować także :) Ponieważ uwielbia moją pizzę, więc transakcja była wiązana - ja mu pizzę, on mi góry :) Obrazek jest namalowany czarnym cienkopisem - prawda, że ładny?





Drugi notes powstał na spotkaniu u KitiW. Jak zwykle, w stałym gronie bywalczyń piątkowych lub sobotnich spotkań scrapowo-plotkowych, nauczyłam się czegoś nowego. Notes został ozdobiony mnóstwem mediów: w ruch poszło gesso, gel medium, mgiełki, pasta strukturalna, pasta inka gold (która jest moim odkryciem - oczywiście, odkryłam ją w zasobach scrapowych koleżanki), oraz dodatki, typu: kwiatki, guziczki, metalowe elementy, koronki.
Notes jest w moich ulubionych kolorach - połączenie niebieskiego z brązem. Do tego złota inka gold i embossing na gorąco na sam koniec. Wszystko delikatnie błyszczy - krótko mówiąc, taki barokowy notes :)
Osobiście, takie mediowe prace coraz bardziej i bardziej mi się podobają.




sobota, 2 listopada 2013

Helołin :)

Tytuł posta nieco przewrotny, ale chciałam pochwalić się, że w czwartek po raz pierwszy w swoim życiu uczestniczyłam w imprezie halloweenowo-scrapowej.
Spotkanie zorganizowała Kasia - Kat. Naprawdę napracowała się, a wszystko było pięknie przygotowane. Niesamowite dekoracje, strój gospodyni był jedyny w swoim rodzaju, jedzenie specjalnie wymyślone na ten wieczór oraz mnóstwo niespodzianek dla uczestniczek. Najpierw objadałyśmy się, potem ozdabiałyśmy miniaturowe dynie, a na koniec, każda z nas otrzymała śliczne drobiazgi od gospodyni. Obszerna relacja oczywiście na blogu u Kat. U mnie kilka migawek:

Tak wyglądał pokój:




 Pięknie zapakowane drobiazgi - przydasie od Kasi:


 Stół, jeszcze wprawdzie bez jedzenia, ale musicie mi wierzyć, że był suto zastawiony :)



 Specjalne eliksiry :)




My, przy zdobieniu dyni: )





Uczestniczki sabatu z miotełkami, które dostałyśmy od gospodyni i naszymi dyniami,  które pracowicie ozdabiałyśmy :)



I w końcu nasza genialna gospodyni, chociaż tak naprawdę jej zdjęcie powinno być na początku. Raz jeszcze dziękuję Ci, Kasiu, za wspaniały wieczór :)



piątek, 1 listopada 2013

Candy w Lemoncraft

Kolejna piękna zimowa kolekcja papierów w Lemoncraft . Zupełnie nie mogę się zdecydować, która ładniejsza :) Oczywiście do wygrania na blogu Lemoncraft.




Candy w Lemoncraft

Nowe, piękne papiery do wygrania w Lemoncraft . Idealne do świątecznych kartek, a te pewnie niedługo czas będzie zacząć :)


środa, 30 października 2013

Candy i nowości w 13 arts

Zajrzyjcie jakie nowości pojawiły się w 13 arts :) Mi podobają się wszystkie nowe produkty, ale najbardziej do gustu przypadły mi papiery i cudowna maska - zegary :)




niedziela, 27 października 2013

Segregator na przepisy

Jakoś tak wzięło mnie na segregatory... Iza, to Twoja zasługa. Gdyby nie Twój pomysł, to dalej by leżały gdzieś na dnie szuflady i się kurzyły... Moje bazy segregatorowe, oczywiście :)

Tym razem powstał duży segregator - A4 :) Poszła na niego cała kolekcja papierów brązowo - niebieskich od UHK. Bardzo je lubię i jakoś tak zawsze pasują mi do każdej pracy. Ozdobami segregatora są dzbanuszek i czajniczki  :)












czwartek, 17 października 2013

Ukraina 2013 - cz. 2 – Ztraceni v Karpatech :)


Po dłuższej przerwie wracam wspomnieniami do wakacji... :)




Czwarty dzień wyjazdu był bardzo bogaty we wrażenia. Rozpoczęliśmy go od wspólnego śniadania na baszcie :) To znaczy, zajęliśmy dwa piętra moteliku i na naszym, wyższym, mieliśmy półkolisty taras, otoczony blankami – jak na jakimś średniowiecznym zamku. Na stole widać różne wiktuały, ale naszą podstawę żywieniową na całym wyjeździe stanowiły kanapki z pasztetem, cebulą i keczupem.





Pierwszym punktem zwiedzania miała być miejscowość Serednie. Ale przez grzbiet, oddzielający ją od Użhorodu, oczywiście nie mogliśmy jechać najprostszą trasą – kierowcy musieli w końcu wypróbować walory terenowe swoich maszyn :) Skręciliśmy więc w nieco przypadkową drogę, wiodącą pod górę, w las. Mapa mówiła, że da się nią dojechać, ale nie mieliśmy pojęcia, w jakim ta droga jest stanie. To było więc najdłuższe kilka kilometrów... :) Początkowo nic nie zapowiadało problemów – ładny, płaski żwirek...


Po pewnym czasie okazało się jednak, że grunt ucieka spod kół :)


Trudno było jechać okrakiem nad koleiną, wyżłobioną kołami krazów i uazów.


Dowiedziałam się, co znaczy taka zielona lampka na desce rozdzielczej – włączony napęd na cztery koła:




W końcu, nie można było jechać ani nad koleiną – bo za szeroka, ani samymi koleinami – bo za głębokie. Honor zaś nie pozwalał się wszak wycofać. I jakby dokładnie w temacie, z odtwarzacza mp3 leciała akurat piosenka XIII. Století: „Ztraceni v Karpatech na dlouhých tisíc let, kráčíme cestou najít nový svět...” :)


Górki trzeba było rozkopać, a dołki zasypać gałęziami, konarami i pniakami. Więc cztery pary umięśnionych męskich rąk chwyciły za łopaty i toporki. A trzy pary rąk żeńskich – za aparaty i kamery :)
 

Grzbiet udało się przejechać, a na zjeździe, jako nagroda, rosły dorodne śliwki, które dosłownie ocierały się o szyby samochodów. Nie trzeba było nawet wysiadać, żeby je nazrywać.




Ale jednak wysiedliśmy, bo i po paru godzinach walki z lasem należał się nam odpoczynek, a i w ogóle było tam ładnie :)





Najcenniejszym zabytkiem Seredniego są okazałe ruiny XII-wiecznego zamku templariuszy – jedynego takiego w dzisiejszych granicach Ukrainy. W potężnej, kwadratowej baszcie z białego kamienia, otoczonej ziemnym wałem, mieszkali rycerze, kontrolujący zakarpacki szlak solny. Ciekawe, że zamku nie wzniesiono na żadnym z licznych wzgórz, ale na równinie, możliwie blisko traktu handlowego. Dziś stoi wśród niskiej zabudowy, a wstęp nań jest bezpłatny.




Ruiny są wzorowo zabezpieczone pod względem przeciwpożarowym :)




Słyszeliśmy o pochyłych jeziorach, przeznaczonych dla narciarstwa wodnego, ale pochyłe boisko piłkarskie widzieliśmy po raz pierwszy. To zapewne był jeden z zapasowych stadionów na Euro 2012 :)


Drugim punktem wycieczki było Mukaczewo, słynne z największej na Zakarpaciu twierdzy, stojącej na samotnym wzgórzu poza miastem, doskonale widocznej już z daleka.



Zamek zachował się do dziś w całkiem niezłym stanie i godzien jest odwiedzenia raczej właśnie z uwagi na swoją architekturę. Kupując bilet, czy konkretnie, płacąc kilkanaście hrywien panu na bramie, zyskuje się pełną swobodę zaglądania we wszystkie krużganki, bastiony i inne zakamarki ogromnej budowli. Oznaczeń czy strzałek nie ma prawie w ogóle, zatem, aby nic nie umknęło, trzeba po prostu próbować otwierać wszystkie drzwi :)





W komnatach urządzono liczne ekspozycje. Parter zajmuje wystawa etnograficzna, historyczna i starych pocztówek. Na pierwszym piętrze znajduje się galeria obrazów, izba tortur, wystawy: mebli, pisanek, historii zakarpackich Żydów i Bułgarów oraz izby pamięci Sándora Petőfiego i dynastii Rakoczych, jak również, ekumeniczna kaplica. Na drugim piętrze – ekspozycje: przyrodnicza, gospodarstwa wiejskiego, kowalstwa, garncarstwa, pszczelarstwa, hodowli winogron i produkcji wina oraz rekonstrukcja wnętrza wiejskiej karczmy.



Niestety, ilość nie idzie jednak w parze z jakością. Zakurzone, ciemne pomieszczenia, przypadkowe i nie opisane eksponaty wątpliwej wartości przywodzą na myśl polskie muzea sprzed mniej-więcej ćwierćwiecza...







Na bastionach stoją pomniki – kolumna z Turulem, czyli mitycznym ptakiem, który przeprowadził madziarskie plemiona przez Karpaty, oraz statua Ilony Zrínyi (która kierowała obroną zamku podczas antyhabsburskiego powstania) i jej syna, Franciszka II Rakoczego. Na dziedzińcu zawieszone są liczne tablice pamiątkowe. Na jednej z nich możemy przeczytać, że w latach 1805-1806 na zamku przechowywano węgierską relikwię narodową - koronę św. Stefana, w celu uchronienia jej przed wojskami Napoleona.



Bardzo pozytywne wrażenie robi natomiast samo miasto. W ścisłym centrum dwie długie ulice (i kilka mniejszych) zamieniono na deptaki. W lipcowe popołudnie były one pełne ludzi. Przy placu, na styku obu deptaków, stoi ratusz o ciekawej architekturze.




Na deptaku stoi kilka rzeźb i pomników, z których chyba najsympatyczniejszy jest mukaczewski kominiarz, z nieodłącznym kotem.




A późnym popołudniem wyjechaliśmy ponownie w stronę głównego grzbietu Karpat, decydując się następną noc spędzić na dziko, pod namiotami. Zaglądając tu i ówdzie, znaleźliśmy, obrośniętą wprawdzie dwumetrowym barszczem Sosnowskiego, ale bardzo miłą polankę w zakolu rzeki Latoricy. Tam też rozbiliśmy obóz.




(c.d.n.)