niedziela, 16 lutego 2014

Kartka i pudełko w stylu retro

Bardzo lubię styl starociowy - retro. Taka też jest karteczka wraz z pudełeczkiem. Tym razem komplet ślubny. Pudełeczka oczywiście nie lepiłam samodzielnie, ale przecież od tego są gotowe bazy. Nie lubię się męczyć z odmierzaniem, przycinaniem i doginaniem - to istna katorga :)
I kartkę i pudełko ozdobiłam gotowymi obrazkami retro, papiery pochodzą ze Studia 75, do tego papierowe kwiatki, listki, distress, motylki z masy oraz niezastąpione kosteczki 3D.





niedziela, 9 lutego 2014

Warsztaty na Craft Wawie

Wczoraj uczestniczyłam w Zimowych Spotkaniach Craftowych - chociaż pogoda była iście wiosenna. Strasznie nie chciało mi się rano wstawać, ale zapisałam się na poranny warsztat do Olgi, której prace od dawna bardzo mi się podobają. Dłuższego sobotniego leniuchowania jednak nie żałuję - warsztat był świetny, a rodzaj blejtramu, który wykonywaliśmy, tak mi się podoba - że nie będzie to moja ostatnia praca tego rodzaju. Mnóstwo warstw, kwiatków, dodatków, maski i mgiełki... Czegóż tam nie było. Nie wiem dlaczego, ale najtrudniejsze okazało się końcowe chlapanie czarnym tuszem :) Wcale nie tak łatwo jest zrobić te czarne kropeczki patyczkiem do szaszłyka - żeby się nie pochlapało tam, gdzie nie potrzeba, a żeby kropeczki nadały charakteru pracy.

Oto, co wczoraj zrobiłam:





niedziela, 2 lutego 2014

Przepiśniki dwa

Bardzo lubię robić przepiśniki :) Ostatnio zrobiłam dwa, dosyć niewielkie, bo w rozmiarze A6, ale za to oba mają sporo kartek do zapisania :)
Główna ich ozdobą są fartuszki - oczywiście z wykrojnika :) Sporo elementów przylepiłam na kosteczkach 3D.
Zresztą, na zdjęciach można zobaczyć, jak się prezentują :)
Pierwszy - z fartuszkiem w jabłuszka:











Drugi - z fartuszkiem w groszki:




sobota, 1 lutego 2014

Candy w Retro Kraft Shop

Całkiem świeżutki i naprawdę wspaniały sklep rozpoczął swoją działalność :) To Retro Kraft Shop. Zajrzycie nie tylko do sklepu, ale również na sklepowy blog, gdzie są do wygrania wspaniałe cukierki .




niedziela, 26 stycznia 2014

Ukraina 2013 - cz. 6 – Na Przełęcz Legionów i Pantyr

Dziewiąty dzień wycieczki był odpoczynkiem dla samochodów, za to prawdziwym wyzwaniem dla naszych nóg :)


Zjedliśmy śniadanko przy długiej, drewnianej ławie i wyruszyliśmy w góry żółtym szlakiem, a konkretnie, jego imitacją :)


W pierwszej napotkanej kałuży pływały duże, czarne kijanki.


A nad naszymi głowami krążyły drapieżniki.


Pierwszym celem naszej wycieczki była Przełęcz Legionów. Jej nazwa wzięła się stąd, że jesienią 1914 r. przez tę przełęcz przekroczyli Karpaty żołnierze II Brygady Legionów Polskich i dywizje austro-węgierskie, aby podjąć walkę z Rosjanami. A jednym z tych legionistów był pradziadek Mojej Drugiej Połówki :) Polscy saperzy poprowadzili wówczas w ekspresowym tempie przez bezdroża drogę kołową – istniejącą do dziś i nazwaną Drogą Legionów. Jak można obejrzeć w Internecie, są liczni chętni, aby trasę tę pokonywać nawet samochodami :)


Droga wiedzie głównie przez las – raz rzadszy, raz gęstszy, początkowo wzdłuż doliny potoku Rafajłowiec. A są miejsca, gdzie najwygodniej idzie się korytem potoku... Niecałe dwa kilometry przed przełęczą właściwa droga odbija w lewo, wspinając się na zbocze stromymi serpentynami. Na wprost biegnie jednak inna droga leśna – my chwilę pobłądziliśmy, zanim znaleźliśmy właściwą, bo znaków szlaku oczywiście nie było. Co więcej, dolny odcinek serpentyn mało przypominał drogę - był mocno zarośnięty, zawalony konarami i gałęziami, przez co chyba najtrudniejszy do ewentualnego przejechania samochodem. Nam droga z obozowiska przy źródełku mineralnym na przełęcz zajęła około 2,5 h.


Na przełęczy (1110 m n.p.m.) znajduje się rozległa polana, w której centralnym punkcie stoją dwa słupki graniczne – po dwóch stronach dawnego przejścia granicznego między Polską a Czechosłowacją (a potem, na krótko – Węgrami). Stoi tam też kopiec z krzyżem, wzniesiony pierwotnie przez legionistów jako drewniany, w wolnej Polsce wymieniony na metalowy – i cudem ocalały do dziś, wraz z tablicami pamiątkowymi. Przełęcz jest też węzłem szlaków turystycznych – do centrum Rafajłowej jest stąd 11,5 km, a zejście Drogą Legionów do cmentarza legionistów w dolinie Płajskiej po południowej (a właściwie – zachodniej) stronie Karpat to 5 km. Wzdłuż dawnej granicy, na północ, prowadzi szlak na grzbiet Taupiszyrki (3 km) i dalej na Sywulę, zaś wzdłuż granicy na południe – na Pantyr (3,5 km; 1,5 h) i Bratkowską (14 km; 7 h).






Po godzinnym biwaku, rozpoczęliśmy podejście na Pantyr. Zaraz za przełęczą, po prawej stronie mija się małe źródełko (niemalże suche), a przy głównym słupie granicznym nr 6 stoi drewniana chata, w której można ewentualnie przenocować.


Droga na Pantyr wiedzie dawną przesieką graniczną, czasem w górę, czasem w dół, ale wciąż od słupka do słupka (niektóre przewrócone, ale większość nadal na swoich miejscach).


Po około godzinie dochodzi się na bezleśną przełęcz Małe Rogodze, z której rozpościera się ładna panorama okolicznych gór.



Kolejne pół godziny – i jesteśmy na szczycie Pantyru (1213 m n.p.m.). Szczyt jest zarośnięty lasem, ale wart odwiedzenia – zachował się na nim jeden z tak zwanych początkowych słupów granicznych, zapoczątkowujących kolejne sekcje granicy polsko-czechosłowackiej. Ozdobiony godłami obu państw  Orłem i Lwem – jest jednym z dwóch istniejących do dziś (a przed wojną było ich trzydzieści).




Panowie poszli obejrzeć sobie pobliskie okopy i węgierski schron bojowy, wzniesiony w czasie II Wojny Światowej, a panie wylegiwały się na mchu przy słupkach. I wówczas stała się rzecz surrealistyczna – z lasu wyszedł człowiek i zapytał, czy widziałyśmy dwa konie, bo mu uciekły. Koni nie widziałyśmy, więc człowiek znów zniknął w lesie. Kiedy panowie wrócili, w historię z człowiekiem z lasu i jego końmi nie chcieli nam uwierzyć :)


Z Pantyru mieliśmy zejść ścieżką, widniejącą na mapie – ale oczywiście w terenie jej nie znaleźliśmy :) Zeszliśmy więc na Rogodze Małe z zamiarem chaszczowania w dół wzdłuż spływającego stamtąd potoku Rogoźnego Malego. W międzyczasie jednak zaszło Słońce i zaczął kropić drobny deszczyk. A potem trochę większy. A potem jeszcze większy. A potem już zaczęły walić pioruny i kolejna godzina upłynęła nam na ślizganiu się po trawie i kamieniach – byle w dół. Z tego odcinka drogi jakoś nie mam zdjęć... :))) U zbiegu z potokiem Błudniek uchwyciliśmy leśną drogę. Burza minęła tak szybko, jak nadeszła i znów było ciepło i słonecznie :)


W kolejnych kałużach zauważyliśmy, że kijankom wyrosły tylne nóżki :)


Dotarliśmy do doliny Rafajłowca, która prowadziła do naszego obozowiska. Po burzy, z rozgrzanej, mokrej ziemi unosiła się mgła.



Na spacer powychodziły wielkie, fioletowe ślimaki.


Minęliśmy krowy (ale o krowach jeszcze będzie... :) i znajomego pasterza – który przekonał naszych panów, że faktycznie jednemu z gospodarzy uciekły dzień wcześniej dwa konie.


A jak się okazało, te kijanki, które spotykaliśmy co krok, to były małe kumaki górskie (brzuszek w żółte ciapy - jak nam na poczekaniu objaśnił kolega biolog) i nizinne (brzuszek w pomarańczowe ciapy).


Do namiotów dotarliśmy jakieś 2,5 h po wyruszeniu z Pantyru. Cała wycieczka trwała około 8 h, a przeszliśmy, według GPS-a, nieco ponad 20 km. Szybka kąpiel w lodowatym potoku, a potem, do wieczora – leżenie do góry brzuchami :) Ale wieczorem na naszym obozowisku pojawił się czwarty namiot – dołączyła do nas trójka Ukraińców, których widzieliśmy zresztą z oddali na Małych Rogodzach. Oczywiście, kolację zjedliśmy (i wypiliśmy :) przy wspólnym stole, dzieląc się wrażeniami i wspomnieniami z wyjazdów i wędrówek.


Rano dziesiątego dnia było pięknie i słonecznie. Wstaliśmy, zaczęliśmy przygotowywać śniadanie i opracowywać trasę na najbliższe godziny.




Nagle, zza drzewa wyjrzała jedna krowa...


Potem kolejne dwie wzięły w dwa ognie namiot Ukraińców...


A kolejne kilkanaście trzeba było odpędzać od stołu, zastawionego śniadaniem. Ostatecznie poszły sobie, pozostawiając nam w prezencie parę brązowych placków :)


Po śniadanku zrobiłam sobie jeszcze krótki spacerek – koło naszego biwaku stała fajna huśtawka :)



A potem zwinęliśmy namioty, pożegnaliśmy Ukraińców, którzy wracali do domu autobusem i ruszyliśmy w dalszą drogę, do Kołomyi. Zatrzymaliśmy się tylko na chwilę w samej Rafajłowej – na starym cmentarzu przy cerkwi, pod zadbanym obeliskiem nagrobnym, spoczywa tam czterdziestu polskich legionistów – może kolegów Pradziadka...?



(c.d.n.)

niedziela, 19 stycznia 2014

Czekoladownik i mini blejtramik

Kiedyś robiłam pudełko na czekoladę od podstaw, ale odkąd mogę kupić gotową bazę, najzupełniej w świecie nie chce mi się dokładnie odmierzać, docinać, zaginać - bo i tak zawsze wychodziło coś nie tak.
Właśnie taką gotową bazę okleiłam dosyć starymi papierami z Lemonade. Czasami tak jest, że papiery strasznie mi się podobają, coś z nich zrobię, zużyję niewiele, a potem leżą, leżą i... czekają. Ale potem znowu zaczynają mi się podobać :) 
Do ozdobienia czekoladownika, prócz papierów, użyłam serduszka z masy szybkoschnącej, papierowych kwiatków, taśmy i listków :) W środku jest miejsce na wpisanie życzeń.

 Pudełko:



Środek - tu najpierw trzeba włożyć czekoladę i można napisać życzenia, a potem - siup, wszystko do pudełka :)







I jeszcze życzeniowo - zamiast kartki - malutki blejtramik. Całość również powstała z papierów Lemonade. Do tego kwiatki, listki, ptaszek z masy i oczywiście, kosteczki 3D :)